poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Statek w butelce



 Niełatwy jest piracki żywot. My wytrawne Wilki Morskie, ongiś władające oceanami, dziś pływamy nie tylko po wodzie. Przez to czekała nas katorga. Koszmarny rejs w nieznane rejony, cele gotowe, laluś stoi na gnieździe. Darmozjad tylko czaka aż się przyda, zaszyty na swojej koi. Już czas. Zaczynamy wygnanie. Cała na przód!
 I ruszyliśmy. Płynęliśmy z prądem. Po co zużywać cenne paliwo, na start wystarczą siły natury. Szczury patrzą i płaczą. Róże latają w powietrzu. Wyszliśmy z portu. Sunęliśmy spokojnie. Za burtą widzieliśmy różne cudowności, słońce zachodziło, ptaki chciały się z nami ścigać. Widzieliśmy również inne statki w oddali. Niebo czyste i przejrzyste. Gwiazdołap nie miał problemu z określeniem kursu. Po pewnym czasie nie było już widać Ziemi. Pirat nie zagrzeje długo w jednym miejscu. Jego dom jest tam gdzie kołysze. Wolna, nieograniczona przestrzeń. Niebezpieczna ale jednak piękna. Niezbadana ale przyjazna. Taka właśnie jest przestrzeń dla piratów.  Udomowiona. Przed nami mgła, mieniła się milionem kolorów. Wpłynęliśmy w nią. Zawsze można natknąć się na coś ciekawego. Załoga była przytłoczona otaczającym nas pięknem. Tylko jeden kwitas siedział pod pokładem i chyba piosenki układał. Płynęliśmy w obłoku jakiś czas, a ja nie mogłem złapać słońca. W czasie kolejnej próby złapałem coś innego niż słońce. Trzy łajby sunące w naszym kierunku. Laluś spał albo umarł. Lepiej dla niego żeby nie żył. Płynęły w naszym kierunku i nie odpowiadały na sygnały. Nagle wstrząs, padłem na deski, usłyszałem trzask. Te łajby nas zaatakowały. To szarańcza! Kadłub jest za mocny żeby zniszczyła go byle jaka salwa. Armaty przygotowane, strzał. Huk. Krzyk i lament. Jedna łajba idzie w bezmierną głębinę.  Strzał, jedna z kul trafiła w nasz maszt. Pokład wytrzymał ale szmaty poszły w strzępy. Kto wiedział, że te łajby niosą nam śmierć. Huk dział. Zostały dwa wrogie statki. Z nich tylko jeden szedł za nami. Ogromny wstrząs. Wywiało nas z mgły, daleko poza nasz układ. Tamten statek dalej był za nami. W uszach miałem tylko pisk. Strzelaliśmy do łajby za nami ale na tylnym kadłubie mieliśmy raptem 3 działa. Kilku ludzi wypadło, pływali w przestrzeni. Byli za daleko. A my byliśmy za blisko. Wywiało nas w okolice czarnej dziury. Nigdy tak szybko nie podróżowaliśmy. Gwiazdołap powiedział tylko: „Nie znam tych konstelacji”.
 Żadna z nas afrakta, żeby pływać tylko po wodzie. Zobaczyłem nasz bukszpryt, dryfował w stronę czarnej dziury. Za nim bomkliwer. Bez tej szmaty jesteśmy martwi. Spowił nas dym. Kolejny huk. Więcej czarnego dymu. Przyszedł na nas czas. Nasza salwa. Trafiliśmy. Teraz czas wystrzelić drapacz. Wbił się w dziób wrogiego okrętu. Przyciągnęliśmy ich do siebie - „KAMRACI! ABORDAŻ!”. Kapitan krzyknął i strzelił w dno naszego statku. Dekompresja. Groźna i na wodzie i tutaj. Dodatkowa motywacja. Zejman poszedł pierwszy, wiedział co robić. Flauta, częsta w kosmosie, nie pomagała nam. Cały czas dryfowaliśmy w stronę czarnej dziury. Wszyscy musieliśmy jak najszybciej przejść na obcy pokład. Zabłysną bielą czysty statek. Nie było nikogo. Znowu wstrząs. Cholerny sztorm. Wszędzie było ciemno. Pełna kosmiczna cisza. Koncert spokoju, skomponowany z samych pauz. Nikt nie ważył się odezwać. Statek nie był nawet draśnięty. Nasi bracia dryfowali w pustce w innej części kosmosu. Pewnie wpadli do czarnej dziury. Od dziecka byłem na statku. W końcu pokochałem to, wkroczyłem na piracką ścieżkę.
 Niczym nie różniliśmy się od naszych protoplastów. Jedyna różnica to terytorium po którym się poruszaliśmy. My pływamy po kosmosie, a oni po wodzie. Oni opowiadali o statkach widmo, my jesteśmy ta takim statku. Legendy nie kłamały.
Już nigdy nie odwiedzimy portowego burdelu z tanimi dziwkami. Wstrząs. Wszyscy stracili równowagę. Zobaczyliśmy ogromny statek. Kilka tysięcy kilometrów od nas. Był wielkości małego układu gwiezdnego. Był ogromny, zasłaniał wszystko. Złapał nas w cumę energetyczną. Huk. Byliśmy znowu w innym miejscu. Pod nami była woda. Odwróciłem się, zobaczyłem dziwną zieloną przestrzeń. Słońce było na wysokości dziobu. Było inne.. jakby ciemniejsze. Krzyk. Cała załoga, krzyczeli jak małe dzieci. Nie wiedziałem dlaczego. Znów zupełna flauta. Oni dalej krzyczeli. Byliśmy w dziwnym miejscu. Odwróciłem się, zobaczyłem ogromną postać. Patrzyła się na nas. Wyciągnął rękę. Chciał złapać statek. Jednak nie dotknął nas. Zatrzymał się na dziwnej sferze. Uderzył w nią palcami. Woda wlała się na pokład. Przewróciliśmy się. Wylecieliśmy za burtę, statek stał w jednym miejscu – widzieliśmy pokład z góry. Zamknęli nas w butelce.

czwartek, 28 lipca 2016

Konspiracja, akcja, wróg.



 Nie miałem zegarka, co za tym idzie, nie wiedziałem która godzina. Powinno świtać? Nie wiem. Od dłuższego czasu siedzę sam w tej nieprzeniknionej ciemności. Mam nadzieje, że sam. Nos nie czuł już smrodu gówna i stęchlizny. Nie wiem, wychodzić już czy jeszcze czekać. Ile zostało paliwa w zapalniczce? Nie wiem, skąd mam wiedzieć?. Mój umysł zaczął już tworzyć drugie ja, siedzenie pod krwawym napisem nie działa dobrze na psychikę. Rozmawiałem sam ze sobą. Kapiąca woda była jedynym dźwiękiem który słyszałem. Dźwięk ten potęgowany przez echo był nie do zniesienia, nawet dla mnie. Nie miałem już siły, walka z tym bladym czymś wycieńczyła mnie fizycznie a pustka, ciemność i kapiąca woda – psychicznie. Postanowiłem wstać, wymacałem drabinkę. Drugą ręką sięgnąłem po zapalniczkę i nagle wszystko nastała jasność. Minęła chwila zanim oczy przyzwyczaiły się do światła, za drabinką zobaczyłem napis, którego wcześniej nie było. Tak mi się zdaje – „Chcą Twoją krew” – napisane krwią. - To omamy, ten napis był wcześniej. Musiałem nie zwrócić na niego uwagi. – wmawiałem sobie. Coś było tu ze mną. Byłem tego pewny.. tylko czemu mnie nie zabiło? Wchodziłem po drabince, zaraz przy wyjściu, kilka centymetrów pod włazem był kolejny napis, również z krwi. Ktoś.. albo coś napisało go bardzo, BARDZO niedawno.. krew jeszcze spływała. Nie chciałem go czytać, ale jednak zrobiłem to – „Chcą Twoją duszę”. Miałem dość tego plugawego miejsca. Kapanie wody ustało. Zobaczyłem jasne światło bijące zza zakrętu. Usłyszałem dziwny dźwięk, jakby parującej wody.. a odór ścieków stał się jeszcze mocniejszy. Nic dziwnego, że to poczułem. Parujące gówno, płonące gówno. Ludzkie ciało. Kroki. Kroki coraz bliżej. Nie chciałem wiedzieć co to jest, instynkt wygrał z ciekawością. Z całej siły popchnąłem właz, otworzył się. Ogromny huk. Właz miał zawiasy z jednej strony – to dobrze, łatwiej będzie mi go zamknąć i uciec przed tym czymś – wyskoczyłem z kanałów. Dalej było ciemno. Zamknąłem właz. Światło z za zakrętu było coraz bliżej.

Nie wyszedłem z kanałów. Byłem w jakimś pomieszczeniu, nie wiem, może to była podziemna linia kolejowa? Tak jak w Brooklynie? Coś takiego w Warszawie na pewno podniosło by prestiż miasta i całego kraju. – Muszę przestać podziwiać i iść dalej. – Ściany były pokryte czymś dziwnym, jakaś ciesz. Lecz na pewnie nie była to krew. Po kilku minutach marszu usłyszałem głosy. Nie mogłem rozpoznać języka, wiedziałem tylko, że to zwyczajne, ludzkie, co najważniejsze – żywe głosy. Echo zniekształcało ale szedłem w ich kierunku. Nie miałem żadnego innego. Za jednym z zakrętów ujrzałem światło. Zwyczajne, bezpieczne, elektryczne światło. W końcu mogłem rozpoznać język – to Polacy. Znałem ryzyko, mogą mnie zastrzelić, zakuć, wziąć do niewoli – w końcu wszedłem do ich bazy. Wolałbym doprawdy tam nie wchodzić, jednak nie miałem wyboru. Szedłem z podniesionymi rękami a gdy zbliżyłem się do linii światła powiedziałem:
- Jestem Polakiem.
- Stój k*rwa. Jak tu wszedłeś? – żołnierz mierzył do mnie z pistoletu – Języka już k*rwa nie masz?
- Czerwoni weszli do miasta, wcielili mnie do armii. Jestem dezerterem.
- Czerwoni – odbezpieczył pistolet – wcielili Cię do armii. Uciekłeś Czerwonym.. Czy to nie ty byłeś w naszej kwaterze jakoś na początku powstania? – opuścił broń – Miałeś racje, że to się tak skończy.
- Tak to ja – uśmiechnąłem się mimowolnie – mogę opuścić ręce?
- Jakąś broń masz? Cokolwiek?
- Nóż w bucie.
- To możesz. Pamiętam, że nie byłeś miły dla generała ani do samej idei walki z Niemcami. Ja też ale nie mogłem nic powiedzieć. Ale nigdy nie pomyślałem, że skutki mogą być aż tak fatalne. Zaprowadzę Cię do Bunkru.
W drodze rozmawialiśmy o powstaniu, o mojej przeprawie przez kanały, o tym co się tam stało oraz co stało się wcześniej. Nasza rozmowa nie była długa, była mniej więcej taka sama jak droga do Bunkra. Krótka i przyjemna. Miła odmiana po takim czasie ciągłej walki. Po wejściu zobaczyłem gromadę ludzi. Nie byli wygłodniali i spragnieni ale najedzeni też nie byli. Zwykły żołnierski żywot. Do mojego znajomego podszedł jakiś wysoki rangą żołnierz.
- Kto to jest? – zapytał twardo.
- Dezerter od Czerwonych. Mój stary znajomy. – odpowiedział stojąc na baczność – Przeszedł przez kanały.
- Polak jesteś? – zwrócił się do mnie. – Masz szczęście, że żyjesz. Kanały nie są bezpieczne. Strażnicy też Cię nie zabili. Masz wyjątkowe szczęście.
- Tak, Polak. Mieszkam w Warszawie całe życie.
- Naród w takich chwilach wymaga od nas abyśmy braćmi i towarzyszami byli. Jadłeś coś?
- Nic, od dawna nic nie jadłem.
- Dostaniesz racje. Najpierw idź się umyj bo moi ludzie nie mogą oddychać w takim smrodzie. Kąpałeś się w kanalizacji? Później opowiesz. Szeregowy! Zaprowadzić do łaźni. – powiedział z ironicznym uśmiechem.


Łaźnie była wiadrem z dziurami i mydłem w kostce – prosto z Węgier. Umyłem się i wróciłem go głównego pomieszczenia w Bunkrze. Oczywiście mundur mi zabrano. Całe szczęście dali mi zwykłe ubrania i biało-czerwoną opaskę na ramie. Wszystko było jak ze słabego romansu, uciekłem jednym żeby trafić do drugich. Tu i tu mogłem zginąć. Tylko tam było więcej jedzenia.. i normalne „łaźnie”. Posadzili mnie na jednym z bardziej odległych miejsc. Dostałem miskę zupy, pajdę chleba, smalec i marchew. Całe pomieszczenie było obskurne. Stare, rogowe sklepienia, licowanie pamiętające Iwana Groźnego, grzyb i smoła. Wszędzie. Nie było co grymasić ani odrzucać tego czym los nas częstował. Do popicia kobiety podały piwo. Nikt nie może sobie wyobrazić jak tęsknię za herbatą z cytryną. Nie wiadomo czy kiedykolwiek zobaczę cytrynę na oczy, nie ma co narzekać. Przynajmniej zombie tu nie wejdzie. Nie wiedziałem w jakiej części miasta się znajdujemy. Wtedy do sali wszedł „wódz”. W pełnym mundurze. Był można powiedzieć, szarmancki. Przywitał kobiety pocałunkiem w dłoń, mężczyzn powitał solidnym uściskiem dłoni. Żołnierza, który kazał mi się umyć walnął przyjacielsko w brzuch i usiadł obok mnie. To było przesłuchanie, trochę inne niż wszystkie do tej pory ale jednak przesłuchanie. Pytał o zombie, o Niemców, o Rosjan i o sytuacje na powierzchni. W zamian dowiedziałem się, że znajdujemy się na Pradze blisko granicy miasta. Powiedział również, że większość z tu obecnych nie wyszło na zewnątrz od kilku tygodni. Zajmują się oczyszczaniem kanałów z zombie i innej maści mutantów. Wstrzymałem się od wygłoszenia swoich poglądów na temat powstania, chociaż wiedziałem, że wszyscy myślą już to samo. Dowiedziałem się również o innych rzeczach. Amerykanie zrzucają zapasy i broń. AK ma stały kontakt z Aliantami ale ci nie wierzą w to co się tutaj dzieje. Jednocześnie nie chcą wysłać wojska.
- Słuchaj, zombie zaczęło mutować. Najgroźniejsze są jeszcze w kanałach ale wszystko wskazuje na to, że niedługo wyjdą. Nie poradzimy sobie sami a do Czerwonych się nie przyłączymy. Jesteśmy w dupie. Bardzo głęboko. Będziesz szpiclem. Wrócisz do nich i będziesz nas informował o ich ruchach.
- Powiedziałem już wszystko co wiem. Tam jestem mięsem armatnim a nie żołnierzem. Będą zdziwieni, że żyje. – grałem, chciałem już iść.
- Tak czy inaczej. Jak powiesz gdzie jest bunkier – zabijemy cię, jak powiesz że AK istnieje – zabijemy cię, jak nie będziesz przekazywał nam informacji – zginiesz z rąk zombie. Zrozumiałeś? – krzyknął.
- Tak, zrozumiałem.

Po tych słowach jeden z żołnierzy zaprowadził mnie do szybu. Wszedłem na drabinę, wspiąłem się kilka metrów i otworzyłem klapę. W końcu świeże powierzę. Wyszedłem i zamknąłem właz. Znajdowałem się w ruinach jakiegoś budynku. Było tam kilku zamaskowanych żołnierzy AK. Kazali mi szybko wyjść. Był już dzień. Słońce świeciło jeszcze nisko nad horyzontem. Zombie nie śpią, mogą zaatakować o każdej porze. Kiedy szedłem w stronę bazy Czerwonych naszły mnie dziwne, niepotrzebne myśli..
Kim ja jestem? Żołnierzem? Konspiratorem? Partyzantem? W obliczu śmierci muszę się zdecydować.. Wszędzie pusto, co chwilę widzę plamy krwi, świeże i stare. Pustka. Kiedyś miasto tętniło życiem, a teraz? Przez chorobę umysłową paru osób zginęły tysiące ludzi, tysiące zamieniły się w zombie. Miasto zostało zniszczone. Śmierć maluje się na każdej zniszczonej cegle. Każda ta cegła dawała kiedyś schronienie zwykłym zwyczajnym ludziom. Mieli pasje, marzenia.. chcieli żyć. Być szczęśliwi. Konspiracja, związek kilku wariatów postanowił wypowiedzieć wojnę niezatrzymanej machinie wojennej pod władzą Hitlera. Każdy wiedział jak to się skończy.. ta perspektywa była przerażająca. Ale to co się stało to prawdziwy horror. Ludobójstwo i inne zbrodnie. Czy jest na tym świecie coś gorszego, cos straszniejszego od wojny? A co jeśli zombie pojawiły się żeby to wszystko zatrzymać? Żeby stworzyć nowe, niemyślące społeczeństwo? Zombie nie ma narodowości, nie ma dumy. Chce przeżyć.. Czy tak Wszechświat chce nas zatrzymać i wrócić do początku? Ja, zwykły człowiek.. myślałem że coś znaczę. Myliłem się. Jestem tylko pionkiem, Hitler jest pionkiem, Stalin też.. Sikorski tym bardziej. Czym my jesteśmy w wielkim planie Wszechświata? Jesteśmy w ogóle uwzględnieni? Nie przetrwamy tego nawet jako gatunek. Jeśli nawet w obliczu takiego zagrożenia walczymy między sobą..”
Moje przemyślenia przerwał dziwny warkot. Zobaczyłem kilku zombie, byli podobni do tego z kanałów ale to nie oni warczeli. Warczały psy, które mieli na smyczy. Po chwili blada postać pochyliła się nad swoim psem i spuściła ze smyczy. Zacząłem uciekać. Pies zombie nie był taki szybki jak normalny. Szybko mnie dogonił. Nie wiedziałem co robić. Wyjąłem zapalniczkę i w biegu zapaliłem ogień. Pies zaskomlał i zwolnił bieg. Drugi pies też ruszył w pościg. Zaatakował jednak swojego psiego kompana. Martwe zwierzęta walczyły a ja miałem czas żeby zwiększyć dystans. Nic to nie dało. Gdy psy przestały walczyć od razu mnie dopadły. Jeden mnie przewrócił a drugi zaczął szarpań mi ramie. Biało-czerwona opaska przestała istnieć. Można powiedzieć, że uratowała mi życie. Odpaliłem zapalniczkę. Psy odstąpiły. Płomień był coraz słabszy. Korzystając z chwili wyciągnąłem nóż z buta. Uzbrojony w te dwie rzeczy byłem gotowy na śmierć. Zobaczyłem, że dwa blade zombie również biegną w moim kierunku. Było jasno, słońce świeciło mocno, temperatura nie była wysoka, z braku budynków wiatr mógł wiać bez przerwy. Nie napotykając żadnej przeszkody. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze. Płomień zgasł. Jeden martwy pies rzucił się na mnie. Dostał nożem. Padł. Drugi był mądrzejszy, trzymał mnie w szachu i czekał aż przybędzie jego właściciel. Zza pleców usłyszałem „ruki vverkh”. Nigdy bardziej się nie cieszyłem. Krzyknąłem „Jestem żołnierzem! Uwaga zombie tu są!”. Wtedy zza chmury kurzu i pyłu wyskoczył pierwszy zombie. Zgiął się szykując się do ataku. Skoczył. Unik. Strzał. Zombie padł. Czerwony żołnierz trafił mu w kark. Cud. Pies uciekł. Usłyszałem jadący w naszym kierunku czołg. Nigdzie nie było widać drugiego zombie. Te blade są inteligentne. Potrafią walczyć. Wszystko opowiedziałem załodze czołgu w drodze do bazy. Jedyne czego nie umiałem wyjaśnić, to brak munduru.

środa, 29 czerwca 2016

Czerwone Rumowisko



 Zacząłem strzelać. Bez skutku, nie wiedziałem do kogo. Byli wszędzie. Otoczyli mnie, byłem sam. Wokół mnie żadnego żywego człowieka. Cały oddział został wybity, co do jednego. Mówiłem im żeby byli blisko. Nie słuchali to teraz mają. Jedynym sposobem, żeby unieszkodliwić wroga było przerwanie rdzenia kręgowego. Naprawdę trudno trafić ruszający się obiekt w kręgosłup! Dalej najskuteczniejszą bronią jest nóż.. tylko jak podejść zombie od tyłu jak idzie wprost na mnie? To chyba koniec, miasto zniszczone, w zasięgu wzroku nie uchował się żadne budynek, wszędzie zombie. Nie mam gdzie uciekać. Wcześniej wstawali tylko żołnierze AK teraz również Wehrmachtu. Koniec, epidemia. Przyłożyłem pistolet do szyi, tak żeby pocisk przeszedł przez kręgosłup. Nie mam najmniejszego zamiaru zamienić się w potwora po śmierci! Zombie były coraz bliżej mnie, nie wiem.. mają jakiś czujnik na żywych? Przecież schowałem się w pustym okopie, z którego wcześniej wyszli martwi żołnierze AK. Powoli naciskałem spust.. usłyszałem przeraźliwie głośny wybuch. Jakby strzał z czołgu. Od razu wyskoczyłem z okopu i rozejrzałem się po okolicy. Kilkaset metrów ode mnie stała kolumna czołgów Armii Czerwonej, a ja miałem na sobie mundur.. mundur Trzeciej Rzeszy z ogromną swastyką na ramieniu. Nie byłem w komfortowej sytuacji.. zombie i Czerwoni. Pocisk rozerwał kilku zombie. Tak jak mówiłem, czołgi też mogą unicestwić trupy. Wskoczyłem z powrotem do okopu. Zdjąłem mundur i przywiązałem jakąś białą szmatę do karabinu. Moja prowizoryczna biała flaga powiewała nad okopem. Czołgi podjechały bliżej. Warkot silników ustał. Usłyszałem dźwięk otwieranej klapy, ktoś z impetem wyskoczył z czołgu prosto na ziemie.
- Kim jesteś? – Zapytał nieufnie żołnierz- Wyjdź z podniesionymi rencami!
- Jestem cywilem! – krzyknąłem wychodząc z okopu, swoją drogą kto mówi rencami? – Chowałem się tu przed Niemcami i tymi monstrami które zabiliście przed chwilą!
- Ruki vverkh! Mówiłem! No już! –wrzasnął celując we mnie- Nie jesteś Niemcem ni Polakiem? Masz pistolet, jakąś giwere? Stój k*rwa w miejscu!
- Mam karabin, leży w okopie, pistolet przy pasie.. jestem Polakiem! –krzyk rozpaczy- Cywilem!
- Rzuć gnata w moją stronę –nie przestał celować – i dalej ręce w górze.
Rzuciłem pistolet pod nogi żołnierza. Opuścił karabin, z czołgu wysiadło jeszcze dwóch wojskowych. Tamci go ubezpieczali a on podszedł do mnie i zaczął mnie przeszukiwać. Skuł mnie i zaprowadził do czołgu. Lepiej było dla mnie, żebym nic nie mówił. Kiedy byliśmy już w środku maszyny, poczułem uderzenie w głowę. Straciłem przytomność.

- To chyba jedyny żywy w tej całej ruinie, towarzyszu –powiedział cicho żołnierz –ciekawe jakim cudem tu jeszcze biegał. Chyba to Polak jest, ale nie z armii.
- Pewnie jeszcze kogoś znajdziemy towarzyszu –zgasił papierosa –Polacy są chytrzy jak szczury. Pewno żyją jeszcze jacy, pewno w piwnicach.. schronach jakich. O patrzaj obudził się chłystek!
Jedyne co czułem to okropny ból w okolicach skroni. Kiedy udało mi się otworzyć oczy zobaczyłem dwie niewyraźne postacie. Ból był nie do zniesienia. Jedna z postaci podeszła do mnie i próbowała coś mówić. Nie mogłem jej zrozumieć.. byłem oszołomiony.
- Żyjecie towarzyszu? Jak się czujecie? Słyszycie mnie? –machał mi przed oczami –Towarzyszu? Jesteście tam?
- Głowa.. nie mogę, ledwo –wymamrotałem niewyraźnie –ledwo mówię.
- Dajcie wódki! Na ból najlepsza! Wódka grzeje, wódka chłodzi, wódka nigdy nie zaszkodzi! –krzyknął pokazując ręką na mnie –pijcie towarzyszu, na zdrowie.
Po kilku kieliszkach ognistej wody czułem się lepiej, głowa już tak nie dokuczała i pierwszy raz od dawna poczułem się w miarę bezpiecznie. Postacie, które okazały się Radzieckimi żołnierzami, byli bardzo mili. Chcieli wyciągnąć informacje, a ja nie miałem nic do ukrycia.. więc byli mili.
- ..więc towarzyszu, nie będę pytał o wasze imię bo to nie konieczne. Powiedzcie mi więcej o tych trupach. –zaciągnął się dymem tytoniowym.
- Wtedy jak wybuchło powstanie..
- Czyli kiedy, dokładnie towarzyszu –przerwał mi w pół słowa –wy Polacy co chwile jakieś powstania robicie.. ale to było opłakane w skutkach jak mówicie prawdę.
- Pierwszego sierpnia, chyba o 17 wieczorem. Były pierwsze strzały, nie pamiętam już dokładnie ale widziałem przez okno stertę ciał żołnierzy AK. –starałem się mówić do rzeczy, jednak oszołomienie i wódka robiły swoje –No i później zobaczyłem jakiegoś młodego chłopca, czy dziewczynkę.. nie pamiętam. I wyciągnęli jakieś ciało z tej sterty, wtedy to ciało złapało tego chłopca albo dziewczynkę, nie pamiętam, i zaczęło jeść. Jeść żywcem. Pomyślałem wtedy „no ku*wa kanibal” i strzeliłem mu w głowę. A ten nic, jadł dalej. To nie strzelałem..
- Towarzyszu postarajcie się mówić bardziej trzeźwo. Papierosa?
- A poproszę. –podpaliłem papierosa i mówiłem dalej –Jak zombie skończyło jeść to podeszło do innego trupa i go ożywiło. Później w mieście były już trzy armie.. AK, Niemcy i zombie. AK już nie ma, Niemcy się wycofali, widziałem konwoje –mam nadzieje, że uwierzą –a przed zombie mnie uratowaliście jakiś czas temu. Mogę zadać pytanie?
- Oczywiście towarzyszu –odparł z uśmiechem.
- Ile czasu byłem nieprzytomny? –zapytałem trochę złamanym głosem.
- Byliście nieprzytomni 3 dni, znajdujecie się dalej w Warszawie. Ale jak powstały te żywe truposze? Wiecie towarzyszu?
- Nie mam pojęcia, wiem tylko tyle, że wcześniej wstawali sami żołnierze AK a Niemców zjadali. Teraz wstają wszyscy –zgasiłem papierosa –można ich unieszkodliwić przecinając rdzeń kręgowy na wysokości szyi.
- Albo strzelić do nich z czołgu.
- Albo przejechać. –odpowiedziałem pewny siebie.
- Dobrze towarzyszu. Kończymy przesłuchanie. Jesteście wolni. Wolni.. wcielamy was do armii.
Dwa dni po zakończeniu przesłuchania dostałem karabin, mundur i przydzielono mnie do jakiegoś oddziału piechoty. Naszym zadaniem było przeszukanie ruin miasta. Mieliśmy znaleźć żywych ludzi i wcielić ich do armii.
Chodziliśmy po gruzach, szukaliśmy ale nieskutecznie. Nigdzie nie było ciał. Od czasu do czasu po rumowisku walały się czyste, białe kości, brudne łachmany i rzeczy codziennego użytku, których nikt już nie potrzebował. Cały teren miasta był opanowany przez zombie. Krążyły po terenie jak sępy. Szukały świeżego mięsa. Zdarzało się nam z nimi walczyć, częściej jednak trupy atakowały większe skupiska ludzi, takie jak bazy wypadowe Armii Czerwonej. Walki ludzi i zombie nie były dość długie. Bez czołgów ludzie byli łatwym celem dla watahy trupów. Ich ciała nie psuły się. Ich sprawność była porównywalna do żywego człowieka, oczywiście były wyjątki. Zombie, które ledwo utrzymywały równowagę lub czołgające się. Razem z oddziałem często walczyliśmy ze wszystkimi rodzajami nieprzyjaciół. Po mimo całej epidemii zombie miasto wydawało się inne niż zwykle. Jeszcze kilka tygodni temu można było usłyszeć ujadanie psów, ptaki lub inne miejskie zwierzęta. Teraz nic nie było słychać. Mogło to oznaczać dwie rzeczy- ludzie jeszcze gdzieś żyją i z głodu zjadają swoich przyjaciół lub epidemia zaczęła dotyczyć również zwierząt. Obie opcje były straszne. Jeżeli w mieście żyją ludzie to musimy ich znaleźć zanim zrobią to zombie. A  co jeśli zaatakują nas zwierzęta dotknięte plagą? Człowieka mogę zabić.. ale do psa nie strzelę.
Nad Warszawą był piękny zachód słońca. Wtedy przybiegł posłaniec z rozkazem. Rozkaz brzmiał „wejść do kanałów”.
Wraz ze mną wysłano 10 żołnierzy. Zwykli poborowi, bez doświadczenia. Pewnie połowa z nich pierwszy raz ma w karabin w ręku, choć z drugiej strony.. przynajmniej ma. Podobno na początku powstania, żołnierze AK przemieszczali się kanałami. Teraz może tam być dosłownie wszystko. Ruszyliśmy od razu po otrzymaniu rozkazu. Po drodze zakatowała nas chmara zombie. Strzelaliśmy ale pociski nie robiły na nich wrażenia. Było ich za dużo. Ktoś krzyknął „uciekać”. Uciekaliśmy. Nagle jakieś zombie SKOCZYŁO przed nas. Przeskoczył 10 metrów i stał przede mną. Twarzą w twarz. Patrzył mi w oczy. Miał na sobie pełen mundur AK. To ten dziad którego spotkałem w piwnicy. Byłem pewny, że to on! Mówiłem, ostrzegałem, że nie uda im się. Był szybki i zwinny. Żołnierze z mojego oddziału byli za mną. Za nimi były zombie, zombie w mundurach Wehrmachtu, poruszały się niezdarnie i wolno, były jednak bardzo niebezpieczne. Tak jak wszystkie zombie nie były dość szybkie, ten który stał przede mną był jakimś pie*****nym wyjątkiem. Nie dość, że niebezpieczny, odporny na zwykłe obrażenia to jeszcze do tego ruszał się jak japoński ninja. Zadał cios ręką, odbiłem kolbą karabinu i zszedłem nisko w lewo. Poczułem kopnięcie w tył kolana. Upadłem na twarz. Karabin wypadł mi z rąk. Nie wiem gdzie poleciał. Słońce coraz bardziej zbliżało się do linii horyzontu. Było coraz ciemniej. Zostało nam może 20 minut i widoczność będzie zerowa. Działałem instynktownie. Od razu zerwałem się na równe nogi, wstając wyciągnąłem bagnet schowany w bucie. Stanąłem naprzeciw byłego żołnierza. Skoczyłem na niego. Zrobił unik. Uderzył mnie w plecy. Ustałem. Odwróciłem się na pięcie i piruetem obciąłem rękę mojemu przeciwnikowi. Nie było krwi, a zombie atakował dalej. Teraz to ja miałem przewagę. Czułem adrenalinę. Walczyłem o życie. Kopnąłem oponenta w bok kolana z taką siłą, że sam ledwo ustałem. Łydka bolała mnie niemiłosiernie lecz adrenalina działała. Zombie upadł. Miałem okazje. Leżał na twarzy, tak jak ja przed chwilą. Bez chwili wahania wbiłem mu bagnet w kręgosłup. Pisk, przeraźliwy głośny pisk. Zombie które walczyły z resztą mojego oddziału przestały atakować. Uciekały nie zwracając uwagi na nas, żywych ludzi.
Przeżyło nas trzech. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca mogliśmy podziwiać  rozerwane na strzępy ciała naszych towarzyszy. Nadgryzione organy i czerwone kałuże, które zaczęły już wsiąkać w gruz i pył. Nie mogliśmy wrócić do bazy. Rozstrzelaliby nas za niewykonanie rozkazu. Uciekać też nie było sensu. Złapaliby nas, albo zombie albo Czerwoni. Poza tym uciekać, gdzie? Niemiec mówił, że to epidemia. Czerwony mówił, że to może być epidemia. Stary żołnierz, z którego ciałem walczyłem przed chwilą, myślał, że to epidemia. To jest epidemia. Jedyną szansą na zachowanie życia było wykonanie rozkazu. Kanały wydawały się najbezpieczniejszą opcją. Studzienka była niedaleko. Powinniśmy zdążyć przed całkowitym zachodem słońca. Coraz bardziej chciałem, żeby już nigdy się nie pokazało. Żeby ten koszmar się skończył. To już nie był mój świat. W moim świecie nie było miejsca na takie nadprzyrodzone rzeczy jak skaczące zombie. W ogóle nie było miejsca na zombie! W drodze do studzienki panowała cisza. Nikt się nie odezwał. Wszyscy nasłuchiwali. Było słychać tylko ciszę. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do studzienki, oczywiście była pod cienką warstwą gruzu. Szczęście w nieszczęściu. Musieliśmy ją odkopać. Ja i żołnierz z mniejszymi obrażeniami zaczęliśmy odgarniać gruz. Drugi, który został przy życiu, stał na czatach. Usłyszeliśmy pisk. Taki sam, który wcześniej wydał konający zombie. Nagle kolejny i kolejny. Chmura pyłu przysłoniła ostatnie promyki słońca. Biegły na nas zombie. Wszystkie takie same jak ten, z którym walczyłem. Musieliśmy się pośpieszyć. Pisk był coraz głośniejszy. Żołnierze strzelali a mi w tym czasie udało się oczyścić wejście do kanałów. Szarpnąłem i wyrwałem właz. Nie wiem skąd miałem tyle siły. Bez chwili wahania wszedłem do środka. Usłyszałem dźwięk rozrywanego ciała. Zasunąłem właz za sobą. Krzyk żołnierza, który został na górze był przerażający. Gorszy od pisku zombie. Tak krzyczy człowiek, który jest zjadany żywcem. Agonia. Nie mogłem tego słuchać. Nie wiedziałem, czy właz zapewni mi ochronę, czy nie pójdą za mną. Nie miałem wyjścia, sam zagłębiłem się w ciemność.
Nie miałem karabinu. I tak strzał w kanałach był dobrym sposobem na pozbycie się bębenków a w rezultacie słuchu. Drogę oświetlała mi latarka, którą dostałem w ramach wyposażenia zwykłego poborowego. Wiedziałem, że nie podziała zbyt długo. Korzystałem póki mogłem. Znowu byłem sam w ciemności. To dobrze. Nie potrzebuje ludzi. Tak samo nie potrzebuje zombie do szczęścia. Szedłem dalej. Nie widziałem niczego niezwykłego. Poza smrodem, od którego wymiotowałem co jakiś czas, kanały były najczystszym miejscem w, już byłej, stolicy. O dziwo były prawie nietknięte bombardowaniami. Szedłem dalej. Po pewnym czasie poziom wody podniósł się, albo to ja schodziłem coraz niżej. Musiałem brodzić po pas w gó**ie i ludzkich szczątkach. Na ścianach widziałem znaki Polski Walczącej a obok swastyki. Widać, byli tu nie tylko Polacy ale też i Niemcy. Wszyscy chowali się przed zombie. A może walczyli ze sobą również w kanałach? Nie wiem, póki co nie spotkałem nikogo ani niczego. Całe szczęście. Natknąłem się na rozwidlenie. Latarka świeciła coraz słabiej. Było cicho, słyszałem tylko krople wody spadające z sufitu. Zgasła zanim zdecydowałem się w którą stronę iść. Z górnej kieszeni munduru wyciągnąłem benzynową zapalniczkę. Na pewno wytrzyma dłużej niż latarka od Czerwonych. Zapalniczka dawała światło obszarowe. Zobaczyłem napisy na ścianach – „umrzemy”, „niech Bóg ma nas w opiece”, „koniec jest bliski”, „nie wyjdziemy”, „to nasz dom”, „Panie. Czemu”.. i najgorszy „jesteśmy tu pochowani nie żyjemy”. Napisane krwią. Najgorsze było to, że wydawały się świeże. Miały najwyżej kilka godzin, maksymalnie dzień. Nie było sensu zawracać. Szedłem dalej. Napisy zaczęły się zagęszczać, ale były mniej skomplikowane – „śmierć”, „NIE ŻYĆ! UMRZEĆ!”. Zdmuchnąłem płomień. Usłyszałem coś, jakby ciężki oddech. Stopą poczułem jakąś strukturę. To były schody. W końcu mogłem wyjść z tego gn*ju. Cały czas nasłuchiwałem. Zza dźwięków skapującej wody już wyraźnie słyszałem charczenie. Nagle chluśnięcie. To wszystko było przede mną. Nieprzenikniona ciemność i te odgłosy. Odgłosy śmierci. Oparłem się o ścianę. Drżałem, nie mogłem oddychać, jakby coś przygniotło mi klatkę piersiową. Czułem tylko bicie swojego serca. Było ciężkie. Słyszałem tylko charczenie. Było coraz bliżej. Byłem jak sparaliżowany. Walczyłem ze sobą, żeby nie wypuścić bagnetu z ręki, żeby nie stracić przytomności. Nagle cisza. Tylko kapiąca woda. Postanowiłem użyć zapalniczki. Ręka odmówiła posłuszeństwa. Nie mogłem się ruszyć. Tak potężny jest strach. Nagle uderzenie, poczułem adrenalinę. Mrowienie nad nerkami. Mogłem się ruszać. Oddech się ustabilizował a serce zaczęło bić płytko lecz bardzo szybko. Byłem gotowy do zadania ciosu. Odpaliłem zapalniczkę. Przede mną, na wyciągnięcie ręki stała wychudzona, blada zgarbiona postać. Były żołnierz, jedyne co miał na sobie to porwane wojskowe spodnie. Szczęka zajmowała większość twarzy. Szczerzył się. Był biały jak papier. Coraz bardziej otwierał paszcze. Zęby przypominały widły, były jakby sztucznie zaostrzone. Widziałem wężowy język. Nie miał oczu.. były tylko dwie zaszyte, podłużne blizny. Urwany nos. Znowu zamarłem. Strach znowu mnie sparaliżował. Wyciągnął rękę w moją stronę. Instynktownie machnąłem bagnetem. Nie trafiłem, ledwo go drasnąłem. Znowu adrenalina, znowu to uderzenie w podstawę czaszki. Cofnąłem się o krok. Znowu machnąłem bagnetem, tym razem świadomie. Trafiłem. Obciąłem mu palce. Nie zareagował.. Nagle skoczył na mnie. Zrobiłem unik. Poślizgnąłem się i wpadłem w gn*j. Skoczył na mnie. Topił mnie. Dźgałem do po całym ciele. Nie utonę w gó*nie! Nie zabije mnie żaden stwór. Nie umrę! Opór cieczy był ogromny lecz udało mi się wyprowadzić mocny cios. Jego uścisk osłabł, miałem szansę. Przyłożyłem bagnet to szyi tego czegoś. Miałem nadzieje, że to szyja. Nie mogłem otworzyć oczu. Byłem na dnie. Czułem, że się dusze. To była jedyna szansa na przetrwanie. Adrenalina uderzyła. Poczułem, że mam kilka dodatkowych sekund. Popchnąłem bagnet z całej siły. Poczułem opór. To kręgosłup. Popchnąłem jeszcze mocniej. Bagnet przeszedł. Nie czułem już ścisku tego stworzenia. Wynurzyłem się. Złapałem głęboki oddech. Poczułem tą brudną ciecz w płucach, krztusiłem się lecz to był najmniejszy problem. Musiałem wyjść z tego gn*ju i poszukać zapalniczki. W kompletnych ciemnościach. Znalazłem brzeg. Mocna betonowa powierzchnia, która wystawała ponad to całe g*wno. Wszedłem tam i na czworaka, po omacku szukałem zapalniczki, która wypadła mi po ataku potwora. Mimo tego, że wzrok przyzwyczaił się do ciemności, nie widziałem nic. Nawet siebie. Po omacku macałem każdy centymetr betonu. W końcu jest. Znalazłem. Cały czas czułem lepiącą się, brudną, śmierdzącą maź na całym ciele. Zapaliłem ogień. Nagły blask oślepił mnie. Musiałem poczekać, aż oczy znów przyzwyczają się do światła. Musiałem wyjść z kanałów. Umyć się i zdać raport. Koniecznie w tej kolejności. Ten sku***el prawie mnie zabił. Nie przeżyje jak jest ich więcej. Wstałem z kolan i szedłem dalej. Nie miałem wyboru ani czasu do stracenia. Niepokoiło mnie to, że nigdzie nie było ciała tego potwora. Może utoną w g*wnie. Tam gdzie powinien. Mam taką nadzieje. Przez dłuższy czas nie widziałem żadnych znaków ani napisów. Nagle zobaczyłem ścianę przed sobą. Cała była pokryta krwawymi bohomazami. Były bez sensu. Przypadkowe litery, poza jednym. Na samym środku. To był napis, głosił „Demony wołają mnie”. Pod ścianą leżało wypatroszone ciało. To pewnie jego krew widnieje na ścianach. Rozejrzałem się dokładnie. Modliłem się, żeby nie była to ślepa uliczka. Po drugiej stronie kanału zauważyłem drabinkę. Jak uda mi się przesunąć właz, to będzie cud. Na zewnątrz jest noc. Postanowiłem przeczekać noc. Może wymyślę coś lepszego niż powrót to bazy Czerwonych. 






Jest to kontynuacja pasty pod tytułem 01.08.44